piątek, 26 września 2014

Porady dla przyszłych au pair

Pomyślałam sobie, że warto by było napisać taką notkę - szczególnie, że odzywa się ostatnio kilka osób planujących swoją au pairową przygodę :) Zauważam ważne składowe, które wpływają na jakość pobytu u host family; każdy pewnie mógłby zrobić swoją indywidualną listę, jednak ta będzie najbardziej ogólnikowa i po mojemu. Post bardziej się tyczy tych, którzy chcą gdzieś wyjechać w obrębie Europy, choć do Stanów też może się przydać. Let's start!

Przed wyjazdem (ba! przed wyborem kraju i zmatchowaniem się z rodziną) warto przemyśleć kilka kwestii:
#1 - zastanów się, czy naprawdę lubisz dzieci. O ile wiadomo, że wyjazd do Stanów jest wielką szansą i znaczna część dziewczyn pakuje się na to bez większego doświadczenia z dzieciakami, to w Europie już sprawa według mnie ma się nieco inaczej. Naprawdę nie jest tak ciężko wyjechać za granicę kraju i znaleźć jakąś pracę; nie jest to jednak tak proste jak znalezienie rodziny na au pair world czy zapłacenie kilku stów agencji by zrobiła to za nas (strata kasy). Możliwość na wyjazd do upragnionej Hiszpanii czy Szwajcarii nie ogranicza się tylko do bycia au pair. A jeśli okaże się, że opieka nad dziećmi to jednak nie jest Twoja bajka, to potem może być ciężko. Dla mnie osobiście program au pair jest błogosławieństwem, naprawdę :) Łączy on ze sobą wszystko, co tak mega kocham - podróże, dzieciaki, poznawanie kultury od kuchni (połowicznie to wciąż coś na zasadzie długo(bardzo długo)terminowego couchsurfingu). Jeśli tylko trafi się na odpowiednią rodzinę to naprawdę można spędzić super czas. I nie ma jednej idealnej rodziny - każdy ją musi znaleźć pod siebie i jak najlepiej się wzajemnie dopasować. A więc, gdy już przemyślałaś(łeś?) kwestię opieki nad dziećmi i jesteś zdecydowanie przekonana że wyjazd jest dla Ciebie, bo zauważasz podobne plusy do moich i ich znacznie znacznie więcej, to czas zastanowić się nad wiekiem dzieci. Jest to równe ogromna kwestia. W jakiej grupie wiekowej masz doświadczenie? Z jakimi dzieciakami czujesz się najlepiej? O ile do wyjazdu do USA potrzebujesz mieć referencje w opiece nad maluchami by móc się nimi zajmować w Stanach, to przy wyjeździe gdzieś w Europie i przez AuPairWorld nikt tego nie będzie sprawdzał (może się znaleźć jedna rodzina na milion). W Hiszpanii opiekowałam się 10-letnią dziewczynką, po której stwierdziłam, że ten wiek to może niekoniecznie jest dla mnie, bo za każdym razem, gdy młoda uważała się za panią świata, miałam ochotę jej wytłumaczyć że jest małym nic nieznaczącym żuczkiem na końcu łańcucha pokarmowego. Ale jak wiadomo - dziecko dziecku zdecydowanie nierówne - mam kuzynów w podobnym wieku i zawsze twierdziłam, że to wiek dla mnie odpowiedni. Dziecko po prosto nie było to. W obecnej rodzinie mam
7-letniego chłopca i niemal 13-letnią dziewczynę i o ile można by było pomyśleć, że to buntowniczy i gówniarski wiek, jest ona tak dojrzała że czasem muszę sobie przypominać, że to nie jest moja młodsza koleżanka a 'dziecko', którym mam się opiekować. Najlepszym rozwiązaniem jest też zapytanie rodziny wprost lub napisanie do nich maila z prośbą o długą i wyczerpującą odpowiedź, jak dzieci są dojrzałe na swój wiek, co wykonują same, czego się boją, jak się zachowują w określonych sytuacjach etc. Ja przed moimi wyjazdami co prawda tego nie zrobiłam, ale kolejny wyjazd do Stanów za kilka miesięcy będzie najbardziej wybrednym z nich wszystkich - nie jest to wiadome od dziś, że amerykańskie dzieci są... amerykańskie, więc naprawdę chcę podjąć maksymalnie przemyślaną decyzję. I szczerze to mam nadzieję, że z doświadczeniem które od pewnego czasu zdobywam będę mieć jakieś zainteresowanie na profilu ;)

#2 - przemyśl to, czego tak naprawdę potrzebujesz w życiu. Powaga - cholernie ważna kwestia! Być może dopiero co zaczynasz klasę maturalną i nigdy się nad tym nie zastanawiałaś, ale sadzę, że to odpowiedni na to czas :) Dopiero tutaj w Islandii uświadomiłam sobie, jak bardzo kocham słońce. Niby tak oczywista kwestia, a musiałam wyjechać do kraju północy by tak mocno to odczuć. Każdy ma swoje osobiste kryteria które musi spełniać dane miejsce, by się w nim dobrze czuć; dla przykładu koleżanka au pair z Brazylii ucieka przed słońcem i super się tu czuje, a kilka au pairek z Niemiec w ogóle nie widzi problemu, Finlandka nie ma też żadnej zmiany. Polskę uwielbiam za to, że każda pora roku jest cudowna - wiosną wszystko budzi się do życia, lato samo w sobie jest super, jesień ogromnie piękna, a zima magiczna. Wiem, że moje szczęście czerpałam z tej różnorodności i jak by nie było - wszechobecnego SŁOŃCA. Teraz to wiem i następnym razem wybiorę miejsce, w którym będę mogła tego doświadczyć. Tak więc - czas przed zmatchowaniem się z rodziną to oprócz oczekiwania i ogromnej ekscytacji też CZAS NA PRZEMYŚLENIA. Nie podejmujmy pochopnie decyzji "aby tylko wyjechać". Jeśli nie jarają Cię nadmorskie miejscowości nie pakuj się na wybrzeże, jeśli panicznie boisz się pająków to nie decyduj się na Florydę (jeśli nie jesteś chętna przejścia jakiejś terapii przed wyjazdem), a jeśli góry Cię przytłaczają to rodzinna bardzo aktywnie narciarsko też nie jest dla Ciebie. Niby tak proste rzeczy, a często nie uwzględniamy w ogóle ich istnienia. Pamiętaj - Twoja decyzja i jesteś odpowiedzialna, by podjąć ją słusznie. I miej wysrane na poganianie przez agencję - to Ty się będziesz potem użerać z rozpieszczonymi dzieciakami, nie oni. 

#3 - wybierz takie miejsce, które uchroni Cię przed nudą i monotonią w Twoim wolnym czasie (gdy dzieciaki będą w szkole, wieczorami czy w weekendy). O ile mówi się, że najważniejsza jest rodzina (to prawda) i że miejsce nie ma znaczenia (nieprawda), to zdecydowanie powinno się wziąć to pod uwagę. Wiadomo, że gdy masz samochód do dyspozycji to nie masz prawa się nudzić w weekend, bo zawsze jest coś do odkrycia, jednak gdy w sąsiedztwie nie ma niczego ciekawego a masz czas dla siebie gdy odwieziesz dzieci do szkoły, to oglądanie seriali, nauka języka, ćwiczenia czy medytacja mogą się w końcu znudzić. Co prawda ja uwielbiam mieć czas dla siebie, ale i możliwość do ciekawego spędzenia tego czasu. A do centrum też nie chce się ciągle jeździć, bo i po co? Posiedzieć ze znajomymi w kawiarni, pogadać i do domu. W gruncie rzeczy poza sezonem Islandia raczej śpi, a większe wydarzenia, jak Międzynarodowy Dzień Sportu (kilka godzin po moim przyjeździe), czy koncert Justina Timberlake'a - porusza całą stolicę, jak nie całe państwo. Pierwsza tak znana osoba na wyspie! Ja osobiście z jednej strony liczyłam na cudowną białą zimę, z nigdy nienudzącym się snowboardem i te sprawy, ale chyba nie do końca trafiłam. Choć jeszcze się zima nie zaczęła, więc może mam szansę! :) problem jest w tym, że tak jak napisałam, że uwielbiam Polskę za tę wspaniałą różnorodność i że każda pora roku jest tak niesamowicie urokliwa, to to co widzę za oknem w tym momencie jest tra-gi-czne. Na Islandii są tylko 2 pory roku - lato i zima, a to lato teraz wygląda jak najbrzydsza jesień w Polsce. Zimno ale nie ma śniegu, "lato" ale nie ma ciepła.  Nienawidzę środeczków, a południe Hiszpanii jest nadal na honorowym top miejscu numer 1. Klimat ma ogromne znaczenie - każde miejsce jest warte odwiedzenia, ale nie w każdym zdecydowalibyśmy się zamieszkać. A lokalizacja Twojej host family będzie Twoją lokalizacją na najbliższe kilka miesięcy, jak nie na > niż rok. Wystarczający argument?

#4 - raczej regułą jest to, że dzieci inaczej się zachowują przy rodzicach, a inaczej, gdy są z nami same. Każda rodzina żyje według indywidualnych zasad i swoim rytmem, a naszym zadaniem jako au pair, jest się w niej odnaleźć i jak najlepiej wpasować do otoczenia. Jednak gdy rodzina robi coś z czym się nie zgadzamy czy chcielibyśmy zrobić coś w inny sposób, to w ich obecności nie ma mowy na wyskakiwanie z własnym rozwiązaniem (chyba że popełniają jakiś ogromy błąd i na spokojnie przedstawimy im nasze spostrzeżenia lub też dają nam "wolą rękę" w zajmowaniu się ich dzieciakami). Dlatego tylko gdy jestem sama jestem w stanie wyegzekwować sprzątanie zabawek po jednej grze przed przejściem w następną zabawę, bo normalnie to who cares... Dlatego, gdybym miała kiedyś podjąć taką decyzję, to rodzicom pracującym w domu osobiście mówię stanowcze N-I-E.

#5 - fajnie, gdy rodzina pomaga nam głębiej wejść w dany kraj, choćby przez opłacenie kursu językowego. W Stanach mamy na to przeznaczone 500$ (te 6 kredytów) i o ile jest to zagwarantowane w programie, to w Europie nie ma takiego obowiązku. Przed zmatchowaniem się z rodziną warto wspomnieć, że zależałoby nam na uczęszczaniu na lekcje. Bo gdyby brać pod uwagę opłacenie tego z naszego kieszonkowego, to mogłoby być ciężko. Nie mnie jednak jestem wielką przeciwniczką narzekania, że "zarobki au pair to nie zarobki" . Dziewczyny - przemyślmy, czy w ogóle fair jest takie gadanie. Mamy na utrzymaniu rodzinę? Płacimy rachunki czynszu? A może musimy same się wyżywiać? Bycie au pair to dla mnie przede wszystkim wymiana kulturowa, a pieniądze które dostajemy, to, jak sama nazwa wskazuje - "kieszonkowe".
Kasa, którą możemy wydać każdego tygodnia nie musząc odkładać na nic. Totalnie nic. A czy naprawdę te 200 dolców po 5 dniach zajmowania się dziećmi jest to mało? Dla mnie zdecydowanie idealnie.

#6 - nigdy, ale to przenigdy nie odrzucaj rodziny, bo są w czymś "inni" - inne wyznanie, inny kolor skóry, a może single parent? Jak ostatnio zobaczyłam na naszej fejsikowej grupie strach przed Baptystami, a potem odpowiedzi na tę wielką grozę,  że "potrafią być nawet lepsi od niejednego katolika" to ... powstrzymam się od komentarza. Chcesz się trzymać w swoim pudełeczku i mieć zamknięty umysł na świat to siedź w domu.


***


Patrząc na te wszystkie argumenty można by śmiało wysunąć wniosek, że znalezienie naprawdę odpowiedniej rodziny graniczy z cudem. Na pewno nie jest to banalne zadanie, to fakt. Jednak gdy przed wyjazdem wydaje nam się, że lepiej być nie może, to wszystko dopiero weryfikuje się na miejscu i o tym warto pamiętać. W każdej, nawet najlepszej rodzinie znajdziemy minusy; przecież oprócz ogromu zalet normalną rzeczą jest to, że równowaga w pewien sposób musi być zachowana, czyż nie? :)



Jeśli tylko zauważacie coś, co warto by było dopisać do tej listy - śmiało podsuwajcie pomysły; mam też nadzieję, że to zestawienie pomoże komuś w podjęciu odpowiedniej decyzji. Trzymam więc kciuki za to nasze 'perfekcyjne dopasowanie'!
K.

wtorek, 23 września 2014

Einn mánuður

**zauważyłam, że czasem nie pojawia się ustawiona przeze mnie czcionka - > odśwież stronę - > czytaj wygodniej :)) **

22 września (zatem wczoraj) minął dokładnie miesiąc, gdy zaczęłam swoją przygodę na wyspie. Przeżyłam ten miesiąc w dość sprzecznych odczuciach - w weekendy jestem przepełniona magią islandzkiej natury, a w tygodniu czasem zastanawiam się co ja tu właściwie robię.

Już rozwijam temat :)
Żeby wszystko było jasne, trzeba to mocno zaznaczyć : uważam, że ISLANDIA TO MIEJSCE, KTÓRE TRZEBA ZOBACZYĆ NA WŁASNE OCZY PRZYNAJMNIEJ RAZ W ŻYCIU. Czasem aż nie jestem w stanie uwierzyć w to, że te niesamowitości są maksymalnie naturalne i że żaden człowiek głodny mamony nie włożył w to swoich brudnych paluchów. Dlatego też postanowiłam stworzyć fotobloga (o którym wspomniałam ostatnim razem), aby czytelnicy mogli choć na moment poczuć ten klimat i oddać się wizualizacji danego miejsca. No właśnie, jeśli chodzi o klimat... jest to główny problem mojego pobytu na Islandii. O ile wcześniej twierdziłam, że pogoda 'doesnt affect my mood' i że bez problemu przechodzę przez tą 'depresyjną' jesień,
a zimę wręcz kocham miłością tak wielką jak lato, to że i Islandię wezmę na bary i jakoś to będzie. A tak właściwie to się nawet nad tym nie zastanawiałam, jak szaro, deszczowo i wietrznie tu jest, a w zimie względnie jasno przez 5 godzin dziennie. Teraz przynajmniej wiem, że kraje Nordyckie nie są dla mnie.
Co tu dużo tłumaczyć - sądzę, że ludzie krajów północy nie wykorzystują życia w pełni; jednak lubią je takie jakie jest. Weekendy tu naładowują mnie pozytywną energią, zdecydowanie. Nie na cały zbliżający się tydzień, jednak na pewien czas :) Chyba brzmię teraz jakbym miała homesick i przy okazji depresję w pakiecie. Nie nie nie, nic z tych rzeczy! Lubię Islandię, tylko że po prostu zastanawiam się nad poszukaniem innego, bardziej odpowiedniego miejsca dla mnie. Każdy musi znaleźć swoje miejsce, co nie? Przez ten miesiąc uświadomiłam sobie, jak bardzo inspiruje mnie słońce...


I to jest chyba coś, co najbardziej kocham w podróżach - czy może być coś wspanialszego, niż poznawanie świata i siebie samego równocześnie?? ;)))))



***


A więc (co poradzę, że lubię tak zaczynać zdanie?), podsumowując miniony miesiąc:
1. W pierwszy dzień mojego pobytu tutaj trafiłam na Islandzki Dzień Sportu i przebiegłam mini maraton:))
2. Dałam się ponieść islandzkiej naturze, która chyba nie ma sobie równych. Widziałam:
a) Wodospad Seljalandsfoss
b) Wodospad Skógafoss
c) Czarną Plażę w Vik 
d) PIERWSZĄ ZORZĘ POLARNĄ MOJEGO ŻYCIA!!!
e) Golden Circle (częściowo)*
f) wyspy Vestmannaeyjar*
*zdjęcia będą jutro*
3. Co weekend jeżdżę najbardziej imponującą drogą jaką było mi jechać :D 
4. Tydzień temu zaczęłam się uczyć islandzkiego. Jestem na intensywnym kursie (ponad 2 godziny dziennie pn-czw) i muszę się przyznać, że średnio mi się ten język podoba... Jak sobie mówią to i chętnie posłucham, ale islandzka gramatyka już taka milusia nie jest. Numerki są jakby chińskie i to jest całkiem ciekawe, ale żeby coś na poważnie ogarniać ten język, to chyba nie bardzo.


 A i jeszcze warto dodać, że już nie twierdzę, iż niemiecki brzydko i agresywnie brzmi, bo chętnie zamieniłabym te dwa języki i zaczęła się uczyć niemieckiego od nowa. A że oni mają łatwiej, bo ja sama zauważam trochę lingwistycznych podobieństw, to już nie wspominam...

Jeśli chodzi o grupę na zajęciach, to jest totalnie INTERNASZYNAL :) Jeszcze nigdy nie siedziałam w jednej klasie w ludźmi z Polski, Niemiec, Węgier, Szwecji i Finlandii,  Chin, Korei, Filipin, Litwy i Nigerii. I z islandzką nauczycielką! Super mega mnie to cieszy, gdy się tak zawieszam na zajęciach i analizuję sobie jak nasz rdzenny akcent wpływa na to, jak mówimy po angielsku, czy gdy przyswajamy sobie nowy język. Dziewczyny z Filipin są na przykład strasznie głośne i wszystko powtarzają na głos, a wraz z kolesiem z Nigerii potakują na wszystko, co powie nauczyciel. Nawet gdy tłumaczy jakąś regułkę, co mnie osobiście bawi :) Niemcy Niemcy... no właśnie, ostatnio dużo się nad nimi zastanawiałam. Cały czas myślałam, że są trochę taką bezkształtną masą, która nie bardzo jest w stanie się określić i że nic interesującego za bardzo nie wnoszą. Wiem, może to brzmieć dziwnie, jednak nie ma to nic wspólnego z historycznymi uprzedzeniami, a bardziej z obserwacją. Jednak wczoraj (urodziny jednej Niemki, Lindy) uświadomiłam sobie, że oni są bardzo chłodni, ułożeni i zdystansowani tylko na zewnątrz; na zajęciach nic się nie odzywają, uśmiechając przy tym potulnie, jednak gdy są w naprawdę zgranym towarzystwie, to czują się ze sobą znacznie lepiej, niż generalnie Polacy (nienawidzę generalizowania, chcę zarysować tylko sytuację). I uwielbiam ich zafascynowanie jedzeniem, przy czym wcale się nie przejmują, by wpasować się w europejskie standardy bycia wieszakiem. I to nic dla nich dziwnego, że po skończeniu liceum ktoś robi sobie gap year ; chyba bardziej dziwne byłoby to, że ktoś idzie prosto na studia...Ludzie z krajów Skandynawskich - chłodny dystansik, wiadomka, Skośnych nie bardzo ogarniam, ale to chyba nic dziwnego (?), a z resztą specjalnych chęci do nawiązania kontaktu też nie wykazują. Mam w grupie też jednego polskiego kucharza! I co jak co, z rodakiem zawsze najlepiej :) Ledwo gdy się dowiedziałam, że Szymon jest z Polski, od razu zaczęłam się z nim witać i rozmawialiśmy jak starzy kumple, a mama polskiego kolegi Isaka już na początku zaoferowała swoje wsparcie jakbym czegokolwiek potrzebowała. Polaków za granicą wręcz uwielbiam! Mamy wtedy poczucie super jedności, której czasem niestety brakuje w kraju. A Nigeria, co tu dużo mówić... ma obrączkę na palcu.**
5. Poznałam naprawdę ciekawych ludzi, a szczególnie zaprzyjaźniłam się z Monize z Brazylii, która podróżuje od 4 czy 5 lat. Co prawda nasze sposoby podróżowania różnią się diametralnie, a zwracam się do niej per "my adventurous Brazilian Princess", bo w sumie bliżej jej na wybieg niż do taplania się w błotku, to podróżuje nam się razem co weekend wręcz świetnie (a i zawsze upiecze jakiś super brazylijski przysmaczek:D:D:D).
No i mam tu bratnią duszę, czyli najlepiej! Przy okazji za każdym razem uświadamia mi, że wszystko (WSZYSTKO) czego szukam, mogę znaleźć w Ameryce Południowej. A wtedy, raz za razem - widzę, że jestem w nietrafionym miejscu.
6. Jeśli chodzi o rodzinkę, to bezproblemowo. Dalej nie jestem w stanie nazwać bycie au pair "pracą", więc po prostu żyje nam się razem ok. Nic wiele nie mam do roboty, więc może dlatego też w połączeniu z tymi wietrznymi i deszczowymi dniami nie bardzo mi to odpowiada.

7. No i ważny punkt siódmy- wczoraj zostałam zaskoczona przez dziewczyny, które mi napisały, że mój blog w jakiś sposób na nie wpłynął! Kurcze dzięki wielkie, naprawdę świetne uczucie dowiedzieć się czegoś takiego i uświadomić sobie, że oprócz znajomych (którzy są super wspaniali, ale jednak czytają bloga ze względu na  autora), znalazł się tu ktoś, komu spodobał się w styl w jakim piszę i co chcę przekazać. Jeszcze raz dzięki dziewczyny, jesteście świetne! :))
P.S. Jeśli macie jakieś propozycję co mogłabym tu zmienić (lub w drugim blogu), to śmiało piszcie - dla wiernych czytelników wszystko!


Bless Bless! (islandzkie pa-pa) :)



** to był żart rzecz jasna :D 

poniedziałek, 8 września 2014

Blog podróżniczy z Islandii!

Postanowiłam stworzyć miejsce, które będzie mniej o tematyce au pair, a bardziej o wszystkim, czego doświadczam i poznaję w tym nieziemskim kraju, jakim jest Islandia.

Pierwszy, sobotni road trip był dla mnie czymś wspaniałym. Tak na zachętę: 




Jeśli ktoś jest zainteresowany, to zapraszam :)) http://happiness-w-pelni.blogspot.com/

piątek, 5 września 2014

Schedule

Mój rozkład na cały tydzień wygląda mniej więcej tak:

8:00 - tak zazwyczaj wstaję
8:10 - Isak zaczyna szkołę, odwozi go mama
8:30 - zawożę Almę do szkoły. Nic z rana nie muszę robić, oprócz kilkukrotnego przypominania że za chwilę zaczynają się lekcję, a jak już jest 8:25 to jej mówię że jak nie wyjdzie to idę spać. Wtedy nawet działa ;))

PONIEDZIAŁEK
15:15 - odbieram Isaka z przystanku autobusowego (wraca z zajęć piłki nożnej), muszę koniecznie czekać kilka minut wcześniej bo inaczej wpadnie w panikę, że nikogo nie ma
15:45 - Alma wraca do domu sama 
18:15 - przygotowuję coś prostego na obiad, bo skomplikowane dania to jeszcze nie mój poziom :) 
20:00 - Alma idzie na zajęcia z piłki ręcznej (3 min od domu)

WTOREK (najbardziej pokręcony dzień tygodnia)
13:55 - odbieram Isaka ze szkoły 
14:20 - odprowadzam Isaka na trening piłki ręcznej 
14:30 - Alma wraca do domu 
14:50 - zawożę Almę i jej koleżankę na pola golfowe 
15:20 - odbieram Isaka z piłki ręcznej 
16:00 - odbieram Almę i jej koleżankę z golfa 
16:45 - zawożę Almę na piłkę ręczną (hala oddalona 20min drogi, nie ta obok domu)
18:15 - powrót Almy 
Jak widać, cały dzień się kręci wokół sportu!

ŚRODA
14:30 - Alma wraca do domu 
15:15 - odbieram Isaka z przystanku po treningu piłki nożnej 
17:00 - Alma idzie na ręczną
18:15 - przygotuję obiadek

CZWARTEK 
13:50 - odbieram Isaka ze szkoły 
14:30 - Alma wraca ze szkoły 
14:50 - Alma jedzie na pola golfowe 

PIĄTEK
15:15 - odbieram Isaka z przystanku (piłka nożna)


W środę HM miała urodziny, więc zabrałam Isaka do sklepu kupić mamie kwiaty. Upiekliśmy też super czekoladowego torta, a Isak przy okazji stłukł 3 jajka na siebie (#soclose) :) z Almą zrobiłyśmy krem, którym polałyśmy jeszcze gorące ciasto (okoliczności do tego zmusiły), więc ogólnie z torta zrobił się wulkan! Ale to tak w sam raz co do ostatnich wydarzeń z Islandii ;) z dzieciakami chyba śmiało mogę powiedzieć, że mam bardo dobry kontakt, co mnie ogroomnie cieszy! a z rodzicami równie dobry, jak nie jeszcze lepszy trololooo:)!


***



Listy cd:
12. Przyjęcia urodzinowe dzieciaki mają ciągle!  Czy to urodziny kolegi z klasy, czy to z drużyny... w ciągu niepełnych 2 tygodnii Isak był już n 3 imprezach urodzinowych :)
13. Jestem w szoku ile moja rodzina wyrzuca jedzenia. A w tym szoku jestem tak ogromnym, że nawet się nie będę na ten temat rozpisywać.





***



I trochę prywaty - moja babuszka 1 września miała urodziny i... świętowałyśmy przez skype'a!


#distance #justlove #somuchhappiness! 



I taka maksyma dla wszystkich au pair :

'Love is not determined in the distance of the flesh but the position of the heart.'




Swoją drogą, bardzo się cieszę że wyjechałam od razu po maturze. Nie ma żadnego lepszego 'sprawdzianu' relacji między ludźmi, jak choćby tak krótka jak w moim przypadku - 2miesięczna rozłąka. A nawet gdy się wydaje, że żadne głupie egzaminy tego typu nie są potrzebne to uwierzcie mi, że jest inaczej :) 

2 najważniejsze rzeczy jakich się dowiedziałam, będąc au pair :
- osiądę/zamieszkam/wybuduję dom (nawet nie wiem jak mam to nazwać bo już przynajmniej w 2 miejscach czuję, że mam swoje 'domy', a jest to, mimo wszystko Polska :), drugie miejsce to Andaluzja w Hiszpanii), w każdym razie : stwierdzę że odnalazłam swoje miejsce tylko tam gdzie i słońce, i fale... stąd też wiem, że pomimo tego, że zapewne zakocham się w Islandii, klimat jednak nie jest dla mnie
- wyjedź a dowiesz się tego, czego masz się dowiedzieć. Powiedziane bardzo ogólnikowo, ale cholernie sprawdza się w sytuacjach chyba każdego typu!



***



Mój pierwszy weekend (sobotę) spędziłam w centrum Reykjaviku wydając całą kasę, jaką zarobiłam (jak to zawsze robię - pierwsza tygodniówka musi być wydana co do grosza (yy, korony?) :)) I muszę przyznać, że przekonałam się do lumpeksów! Nie sądziłam, że kiedyś to powiem, bo zawsze miałam pewnego rodzaju dziwny wstręt choćby przed dotykaniem tych ubrań, ale gdy trafiłam na reykjavicki 'kilo market', wszystko mi się odmieniło haha :D wieczorem w sobotę mieliśmy rodzinny obiadek u siostry HM,  w niedzielę u nas w domu. Wspaniała rodzina, naprawdę! 

Stworzyłam też nową grupę dla tutejszych aupairek i w weekend wybieram się z dziewczynami z Niemiec, Austrii i Brazylii na roud tripa na południową Islandię! Simone bierze auto hostów i jadę na moje na pierwsze odkrywanie wyspy, a to już jutro! Jejku jak ogromnie się nie mogę doczekać!!! Tak dla zwizualizowania - obok 'autostrady', która w gruncie rzeczy jest tylko obwodnicą można zobaczyć największe cuda natury. One rozciągają się prawie na drodze! Dobra Karolina, oddychaj... jakoś muszę przecież przetrzymać do jutra :D

Pozdrawiam i po weekendzie zapowiada się ciekawy wpis :))))

piątek, 29 sierpnia 2014

Pierwszy tydzień!

W nocy przekręci się równy tydzień, odkąd jestem na Islandii! Minął mi w wyjątkowo sympatycznej, przyjacielskiej i bardzo wyluzowanej atmosferze - dużym wsparciem na pewno była Martine, która pokazała mi wszystko, co powinnam na początku wiedzieć :) Droga dzieci do szkoły zajmuje zaledwie 3 minuty samochodem, na golfa jakieś 6 minut (prowadzi autostradą reykjavicką, na której można jechać tylko 80km/h...), a piłkę ręczną Alma trenuje w połowie drogi z domu do szkoły, czyli jakieś 3min. na nogach. Wszystko się jeszcze zmienia, a więc nie mam dokładnego planu na cały tydzień, ale jakoś niedługo powinno się to unormować. Jestem tylko ciekawa jak Isak będzie reagował na to, że sama będę go obierać ze szkoły i jak się będziemy dogadywać, gdy Martine z nami nie będzie... Jak na razie jestem bardzo dobrej myśli ;)

A więc mówiąc ogólnie : bardzo mi się podoba to, co tutaj robię! Wiem, że wszystko ma swój klimat, swoje plusy i minusy i że tym bardziej nie powinno się tego porównywać w ten sposób, jednak czuję się tutaj zdecydowanie bardziej u siebie niż to było u mojej hiszpanskiej HF. Hiszpania jest moim drugim domem i uwielbiam bycie tam - tyle że jednak na południu z przyjaciółmi, a nie z V. w Madrycie... Pamiętam, że ogólnie pierwszy raz oczekiwałam z takim wielkim utęsknieniem weekendu bo już nie mogłam z nią wytrzymać tych 12h dziennie... Dodatkowym był fakt, że o ile hostka starała się, abym czuła się u nich jak u siebie, to V. zachowywała się jak mały wkur.....cy żandarm, który nawet musiał popatrzeć na to, co brałam z lodówki. Ciągłe teksty : śpiewanie przy przygotowywaniu i spożywaniu posiłków oznacza brak dobrego wychowania, nie powinnaś tego robić tak, zrób to inaczej; o jeeejku, mama robi to w inny sposób, nie umiesz tak?  - NO BŁAGAM! To, że dzieciak jest z jakiejś w gruncie rzeczy lekko nadętej rodziny, która musi się wystroić, bo brat dziadka przychodzi (który jest z OPUS DEI oczywiście) i wszyscy się mu kłaniają do pasa, a "służba" je w kuchni, to nie znaczy, że pozjadała wszystkie rozumy! Do relacji 'single mum & her annoying daughter' naprawdę ciężko dołączyć... Czyli jak jest tutaj? TAŃCZĘ i ŚPIEWAM! Sięgam przez pół stołu by wziąć sobie kromkę chleba (już nie trzeba królewsko prosić o podanie 3 osób po kolei gdy talerz znajduje się prawie tuż obok) wszyscy jedzą śniadanie w piżamach, mogę w dresach chodzić cały dzień i nikt się dziwnie nie patrzy. No i dopiero tutaj naprawdę zaczynam się czuć, jak u siebie! :) 


Z takich wyjątkowych wydarzeń tygodnia to we wtorek Isak organizował przyjęcie urodzinowe (mają tu taki zwyczaj że albo chłopiec zaprasza wszystkich kolegów z klasy, a dziewczynka koleżanki, albo całą klasę; nie mogą przyjść do szkoły z zaproszeniami tylko dla wybranych, a gdy chcą tak zrobić to muszą wysłać zaproszenia pocztą :)). Owe uro miał w dużej galerii, której połowa to centrum rozrywki - dzieciaki dostały godzinną kartę, a gdy wyszalały się już na różnego rodzaju maszynach przychodziły do wielkiej sali, która była przedzielona zasłonami, przez co powstało 6 pomieszczeń ze stołami, krzesełkami i nakryciem urodzinowym dla solenizantów :) A co się stało we wtorek rano? Otóż gdy wyszłam z domu by zmienić wyciągnąć rzeczy Isaka z bagażnika i zapakować 'Alma's golf stuff', jakimś dziwnym trafem stanęłam na gwoździa obróconego szpikulcem do góry, który znajdował się przy garażu. Na samym początku nie ogarnęłam sytuacji bo coś mnie cholernie zabolało, ale w życiu nie pomyślałabym, że właśnie mam szpikulec w nodze! No więc podnoszę buta do góry, widzę gwoździa wbitego na całej długości no i czas na lekką bekę, jak zwykle... tyle że zaraz Alma zaczęła krzyczeć ze mam krew na skarpetce, a po 15 sekundach skarpetka nie miała już innego koloru jak czerwony... czerwona wydzielina była dosłownie wszędzie! Wszyscy robili wielką panikę, a to dzwonić do hostki, to do szpitala, a ja usiadłam sobie na podłodze bo lekko mi się zaczęło kręcić w głowie i robiłam wielką Rzekę Krwi w korytarzu. Musiałyśmy się więc zamienić i Martine odwiozła Almę na golfa, a ja zostałam z Isakiem w domu, który wyjątkowo spokojnie się zachowywał i niepewnie patrzył, czy jeszcze żyję, czy może już się wykrwawiłam na śmierć... Nawet pamiątkowe zdjęcie zrobiłam na pamiątkę, jednak nie będę się już tak kompromitować, by je tu udostępniać haha :D Zapewniłam ich tylko że nic się nie stało (oprócz dziury w nodze i nawet odbitego koluszka od gwoździa na stopie) i załatwiłam sprawę maścią dezynfekującą i plasterkiem. A dzisiaj (piątek) mogę już chodzić! I to na całej stopie, trololo :) Żałuję tylko, bo ominęło mnie środowe wyjście w góry, ale co się odwlecze, to nie uciecze, weekend mamy przed sobą! A wczoraj byłam z Martine chwile w centrum, bo chciała zakupić jeszcze jakieś pamiątki przed wyjazdem, zrobiłam więc i kilka zdjęć : 








oferty 'Whale Watching' są dosłownie wszędzie!




















Sklepy turystyczne są tu takie ciekawe! Nie jest to tylko jakiś badziewny towar, a wręcz przeciwnie, czasem to chciałabym wynieść naprawdę wszystko :)) A z ubraniami zimowymi to już w ogóle, na przykład jak to zdjęcie po lewej! Miliony cudo swetrów, rękawiczek i ubranek dla dzieciaczków, no loveeee :) 


Wstąpiłyśmy też przy okazji do ulubionej kawiarenki Martine :)



A to moje pyszne maleństwo ;) z naturalnych islandzkich jogurtów robione!



Na koniec selfie z balkonu :) 








Dołączając do listy zaskakujących rzeczy :

7. Wszyscy mają wszystko automatyczne. Nie wiem, niby że to ułatwienie życia i że powinniśmy dążyć do postępu, ale aż takie zrobotyzowanie mnie lekko przeraża. 
8. Uwielbiam samochody na Islandii! Są takie olbrzymie, że niektórymi to można by było na sam szczyt wulkanu podjechać, naprawdę *.* zabrałabym sobie jeden z nich aby przedzierać nowe szlaki gdzieś w świecie, gdzie normalnie dostać się nie da... no nie pogardziłby!
9. Islandczycy kochają kina i baseny... i gdy powiem, że możesz je znaleźć wszędzie, to naprawdę możesz je znaleźć wszędzie.
10. Ludzie pozdrawiają się na ulicy, co jest mega przyjacielskim gestem! Sam fakt pozostawiania wózków pod sklepem świadczy przecież o wyjątkowo silnym poczuciu solidarności ;) A do tego dochodzi fakt, że idąc po mieście hości ciągle spotykają jakiś przyjaciół, współpracowników czy członków rodziny... no bo przecież Islandczycy to jak jedna wielka rodzina ;-)
11. Tak wielu Polaków to ja jeszcze nigdzie za granicą nie widziałam (no może na Słowacji, ale jaka to odległość!). Polacy w sklepach, ogrooomnie dużo Polaków w szkole Isaka, no czad! :)


A już jutro weekend! I allbo pójdę dokładnie poznać Rejkiawik (z mapą w ręce i plecaczkiem na plecach) albo skuszę się na którąś z cudownych wycieczek. Najgorzej - bo te, na które bardzo bardzo chciałam jechać, znajdują się na południe od czapy lodowej. A ona, z powodu nadmiernej aktywności wulkanu (a teraz już wylanej lawy, hehe) ostro topnieje, więc cały teren jest ewakuowany... Ale to nic, to w końcu Islandia, nie mam zamiaru (ani możliwości!) się tu nudzić :))))  


poniedziałek, 25 sierpnia 2014

AU PAIR IN ICELAND!!!

Witajcie Kochani,
chciałabym oficjalnie poinformować, że właśnie rozpoczęłam program AU PAIR IN ICELAND i co być szczerym, jaram się na maxa!;)))))

Moja nowa rodzinka prezentuje się tak :
Lokalizacja: Kópavogur (10 minut aby dostać się do Rejkiawiku)
HM: super kobieta, pracuje w banku. Jak na pierwsze wrażenie - świetna matka, żona i przyjaciółka :)
HD: przesympatyczny również! 5 dni spędza w Rotterdamie w Holandii, a na Islandię lata na weekendy :D
Dzieci: Alma (12) i Isak (7). Jak na razie nie złapałam z nimi szczególnego kontaktu bo Martine (poprzednia au pair) ciągle jest z nami więc bariera nie przełamuje się tak szybko, ale jest coraz lepiej :) wiem na pewno że spodobały im się prezenty jakie przywiozłam z Pl, it means:

 Dla Isaka kupiłam karty memory po angielsku, abym mogła się jakoś zacząć z nim komunikować, bo ani ja po islandzku, ani on po angielsku :p a że dzieciak wręcz kocha grać, to idealnie!


 Martine powiedziała mi, że na Islandii panuje wielka moda na te osławione bransoletki loom, więc jako że nie mogłam ich nigdzie znaleźć we Wrocławiu (a oczywiście zakupy musiałam zostawić na ostatnią chwilę), to kupiłam nieco inne. Alma ucieszyła się również!

A jeśli chodzi o hostów to wręczyłam im tradycyjną polską Żubrówkę, bo przecież dobrze posiedzieć przy Żubrze (a przy Bison Grass Vodka tym bardziej). Uśmiech hosta mówił sam za siebie haha:)


***


Jak napisałam w ostatnim poście, miałam samolot 21 sierpnia (cały tydzień po powrocie z Hiszpanii :p) i na Islandię dotarłam w nocy z 21/22 po ponad 4-godzinnym locie. Na lotnisku przywitała mnie Hofii (host mum) z Martine (dziewczyna która była au pair w tej rodzinie jakieś 3 lata temu i systematycznie odwiedza ich na czas wakacji). W drodze do domu, która trwała 30 minut, miałyśmy miliony tematów do rozmów więc ani na moment nie zapanowała niezręczna cisza :) Po 5 godzinach snu wstałam ze świadomością, że mamy akurat Międzynarodowy Dzień Sportu na Islandii, co równa się z tym, że ciśniemy na maraton! Zupełnie nieprzygotowana do jakiegokolwiek biegu wyruszyłam razem z rodziną i na szczęście nie umarłam po drodze.



Następnego dnia poszłyśmy z Martine na 'swimming pool', tyle że nie było to tyle miejsce do pływania, a wody termalne, które były wręcz wspaniałe :) a że po tym mini maratonie, ci wytrwali, którzy przebiegli określony dystans dostawali darmowe wejściówki na 'basen', aż żal byłoby nie skorzystać!:) Wieczorem natomiast poszłyśmy na koncert Justina Timberlake'a, który właśnie zawitał po raz pierwszy w swojej karierze na Islandię. Co prawda nie pałam jakąś wielką miłością do niego, ale trzeba przyznać, że układy taneczne mają naprawdę dobre - pod względem artystycznym byłam całkiem zaciekawiona. A przyjaciółka w Polsce chciała mnie zabić za to, że byłam tak mało zainteresowana jest ukochanym Justinem :)

teraz wisi mi na ścianie bilecik na pamiątkę, zaraz obok mapy Reykjaviku :)

Od dzisiaj oficjalnie zaczynam bycie 'au pair' again, choć przez cały tydzień mam jeszcze Martine do pomocy, która pokazuje mi ciekawe miejsca oraz poszczególne trasy : dom-szkoła, szkoła-hala sportowa itp. Mój plan dnia będzie wyglądał mniej więcej tak:

7:30 pobudka - albo ja przygotowuję Isaka do szkoły i go odwożę, albo robi to Hofii (zazwyczaj będzie go po prostu zabierać w drodze do pracy). Alma ma na 8:30 i trzeba ją tylko rano obudzić i przypilnować, by zjadła jakieś śniadanie, bo czasem tak długo robi make-up i prostuje włosy że jest wszędzie spóźniona..
9:15-11:20 będę 4 dni w tygodniu uczęszczać na kurs islandzkiego, zaczynam dopiero 15 września, a już się tak bardzo nie mogę doczekać! 
13:10 odbieram Isaka ze szkoły 
-miejsce na miliony zajęć pozalekcyjnych dzieci, które jeszcze nie są ustalone- 
18:30 powrót Hofii z pracy



***



Pomyślałam przy okazji, że zrobię listę rzeczy które mnie jarają tu w Islandii lub po prostu zaskakują, bo jak na razie to widzę, że będzie tego sporo :)

1. Już od pierwszych chwil widzę, że Islandczycy są niesamowicie wysportowanym krajem, jeśli można by było ich tak nazwać - dzieciaki mają miliony zajęć pozalekcyjnych związanych ze sportem; na naszym biegu, nawet ludzie, którzy na pierwszy rzut oka wiele z biegami nie mają wspólnego, posiadają super profesjonalny strój do joggingu,  a Alma wróciła dopiero na następny dzień po moim przyjeździe z mistrzostw - jest ponoć mega dobra w grze w golfa. W sumie jak mają taką pogodę dość średniawą to jakoś muszą sobie uzupełnić brak endorfin, nie?
2. NIE-SA-MO-WI-CIE podoba mi się uroda Islandzkich kobiet - ich długie, idealnie proste i wręcz białe włosy i lekko 'surowe' rysy twarzy zdobyły moje serce! A niektórym facetom nie mogę się nadziwić, bo wyglądają jak oryginalni Wikingowie! Ogromnie zbudowani z potężną piersią, brodą i falowanymi włosami po ramiona, no beka życia :D
3. Zapach wody w kranie jest hm, dość specyficzny. Lekko jak zdrowotna woda źródlana w Krynicy - Zdrój. Ale jak wiadomo, w Islandii prawie w ogóle nie ma żadnych zanieczyszczeń, a nawet cała energia jest pozyskiwana w sposób maksymalnie naturalny, woda taka musi być i tyle :)
4. Coś co mnie najbardziej rozśmiesza - ludzie zostawiają wózki z dzieckiem przed sklepem, gdy idą na zakupy, do restauracji czy na kawę. Że to zdrowe. I że jest tak bezpiecznie i że nie muszą się niczym martwić. Jak mi o tym powiedzieli i gdy później zobaczyłam to na własne oczy, normalnie nie mogłam uwierzyć!
5. Sklepy (a przynajmniej ta część w której dotychczas byłam wyglądają jak hale magazynowe czy duże hurtownie, choć oczywiście dobrej klasy i o wysokim standardzie. Pewnie jak przypływa/przylatuje im towar to po prostu nie bawią się w małe sklepiki, a pakują to wszystko w jedno miejsce. Pomidorki koktajlowe mi się też podobają, a co :)
6. Jazda po Reikjaviku i okolicy jest taka banalna i spokojna! Jako że mam automatyczną skrzynię biegów (pierwszy raz jechałam niemanualnym samochodem właśnie wczoraj) i ludzie jeżdżą tutaj bardzo spokojnie, przy czym naprawdę nie ma wielu samochodów na ulicy, prowadzenie nie ekscytuje mnie już tak bardzo ;) no i dodatkowo fakt, że gdy jadę z dziećmi prowadzę wyjątkowo rozważnie, to już w ogóle. Anyway, na pewno to ciekawe doświadczenie prowadzić samochód gdy w gruncie rzeczy prawie nic nie musisz robić, oprócz przejechania przez 15 rond jedno przy drugim.











To by było na razie na tyle, wielu zdjęć w centrum nie zrobiłam bo byłam zbyt podniecona obserwowaniem ludzi, a że szłam z wielkim bananem na twarzy przez miasto to chyba nie muszę wspominać ;))))

wtorek, 19 sierpnia 2014

Jak to jest być w niebie? // Podsumowanie aupairingu w Hiszpanii // Powrót do Polszy!

*część postu pisana jeszcze w Hiszpanii*

W sumie nie wiem od czego mam zacząć - od opisania wakacji z młodą, naszej relacji, wypisania plusów i minusów bycia au pair i życia w Hiszpanii czy od tego, że skończyłam pracę nieco wcześniej? Okeeej, zacznę od tego, co najważniejsze :

SKOŃCZYŁAM JUŻ Z BYCIEM AU PAIR I CIESZĘ SIĘ WOLNOŚCIĄ!


A dlaczego? Otóż 2 tygodnie przed ustaloną datą zakończenia programu moja host family (ex-host family, huemhem) wybrała się na wakacje do La Herradury (małej miejscowości na wybrzeżu Granady, dzielnia samych bogaczy z tuzinem gardenerów&cleaning ladies). Mam mieszane uczucia co do pobytu tam - z jednej strony jest to naprawdę nieziemskie miejsce i nie mogę sobie wyobrazić lepszego do odpoczynku, gdy jest ktoś naprawdę skrajnie wykończony. Z drugiej jednak strony był to dla mnie czas totalnie bezproduktywny i jak to powiedziała siostra mojej hostki : 'We're going to do basically nothing'. Rano śniadanie, potem dziewczynki odrabiały zadanie domowe (byłam tam z Valentiną, Aną i jej mamą, na weekend przyjechała hostka i dołączyła do nas też cała reszta rodziny), potem basen, lunch, siesta, plaża i dinner. Jeden dzień mnie to cieszyło, początkowo myślałam nawet że lepszego zakończenia w Hiszpanii nie mogę sobie wymarzyć. Jednak drugiego już dnia zauważyłam, że zupełnie mnie nie cieszy praca/pobyt w tym miejscu i jedyne o czym marzyłam to to, aby poprosić hostkę o wcześniejsze zakończenie programu i spędzenie tego ostatniego tygodnia z przyjaciółmi. Co najpiękniejsze - wcale prosić nie musiałam - hostka spakowała (dość chaotycznie, ale jednak) mój plecak, przywiozła mi wszystkie rzeczy z Madrytu (bo na następny tydzień miałyśmy jechać z ojcem młodej do innej nadmorskiej miejscowości w Maladze), po czym po moim powrocie z weekendu zapytała się mnie, czy wolę pojechać z nimi czy zostać z przyjaciółmi. Nooo kochaaaaanaa, odpowiedź jest prosta! Tak więc - ostatnie półtorej tygodnia mojego pobytu w Hiszpanii, przed samolotem do Polski spędziłam w miejscowości Fuengirola w prowincji Malaga, w cudownym miejscu i z cudownymi ludźmi! A w ogóle najcudowniejsze jest to, że jednego z moich nowych przyjaciół poznałam na stopa! Był to nasz kierowca na trasie Gibraltar - Malaga i tak się złożyło, że podczas mojego pobytu w Hiszpanii, odwiedziłam ich już 5 razy! :)

Niebiańskie miejsce na samym wzgórzu La Herradury:


pięknie, czyż nie??? :))))))


Czas spędzony w tym miejscu dla bogaczy wspominam miło, lecz bez szału. Można powiedzieć że dość dobrze się zakolegowałam z mamą Any przez te kilka dni - znalazłyśmy wspólny język i dość dużo podobieństw! Jej córkę uwielbiam, to już chyba kiedyś pisałam, a z V. no cóż, bywało różnie. Ale niecodziennie ma się możliwość mieszkania w domu, w którym ledwo co przy otwarciu drzwi jedyne co możesz powiedzieć to OOOH - MY - GOODNESS! Otwierając drzwi wejściowe ukazują ci się kolejne przeszklone drzwi, za którymi rozciąga się panoramiczny widok na całe morze i miasteczko. A jako że był to sam szczyt wzgórza, naprawdę robiło to OGROMNE wrażenie!


WEEKEND WCZEŚNIEJ
Moje 'days off' przed przyjazdem tutaj spędziłam wyjątkowo aktywnie - w piątek spotkałam się z dziewczynami w Madrycie, aby jako tako po raz ostatni połazić po stolicy, której - pomimo mieszkania w niej - zupełnie nie zdążyło się poznać. Au pair miałam być prawie 2 miesiące, ale jak przeanalizowałam czas spędzony tutaj - w Madrycie spędziłam niepełny miesiąc. Najpierw pojechałam na główny madrycki dworzec, by kupić sobie bilet autobusowy do Algeciras (miasto portowe, niedaleko Gibraltaru), potem spotkałyśmy się z Elką, dwoma innymi Polkami i jedną Niemką w Retiro, skoczyłyśmy na te osławione łódki o których Elka mówiła ciągle ciągle i w kółko :D





ja siłaczka

jedno z setki naszych łódkowych selfie


Spędziłyśmy z dziewczynami miło czas, pochodziłyśmy trochę po Madrycie, zobaczyłyśmy Templo Debod wieczorkiem, byłyśmy pod Palacio Real i spotkałyśmy przy okazji kolegę jednej au pairki - autostopowicza z Bochni (a to tylko 50 km od mojego Nowego Sącza, beka!). O 23:59 miałam autobus do Algeciras i oczywiście ledwo co na niego zdążyłam, wskakując w ostatnim momencie. Naprawdę nie ogarniam, dlaczego na każdego rodzaju środek transportu, czy to autobus, pociąg czy samolot muszę lecieć jak oszalała, w fruwającą kasą w powietrzu, nerwowym zerkaniem na telefon (którego używam w sumie tylko  takich sytuacjach) i przy okazji machając jedną wolną ręką na wszystkie strony starając się nie wpadać w przechodzące tłumy, bo druga ręka jest zajęta tachaniem bagażu. Tak już chyba musi być, w gruncie rzeczy jest to bez znaczenia, bo jakimś cudem udaje mi się. Nawet gdy zasypiam w pociągu, to budzę się na właściwej stacji. Wbiegam więc do autobusu, a tam kolejne zaskoczenie - mój autobusik jest pełen Muzułmanów jadących do Algeciras, by złapać tam prom i wrócić do Maroka pod koniec Ramadanu. Ciekawie!:) Właśnie wtedy po raz pierwszy chyba doceniłam istnienie autobusów - nie dość że miałam tak napięty grafik planów na weekend, to jak się później okazało - nie spałam 3 noce pod rząd i naprawdę cieszyłam się, że nie muszę tracić czasu na łapanie stopa, tylko przejechać nocą i już rankiem być na miejscu. Przemieszczanie się nocą jest wręcz najlepszym pomysłem ever! W sobotę w godzinach przedpołudniowych byłam już na Gibraltarze, by pomóc przyjacielowi sfotografować Latino Music Fest (jest dziennikarzem freelancerem i chyba zbyt leniwy bo zrobić to samemu, dlatego załatwił mi Press Pass i haha beka, bo zupełnie nieprzygotowana, w swojej kolorowej sukieneczce fotografowałam artystów przed bramkami). Upał był tak ogromny że aż szkoda gadać, myślałam że mózg mi wyparuje - swoją drogą jakby od tego gorąca ciągle umykało mi po trochę, to w tym momencie powinnam być w nieciekawej kondycji... :D 

Czekając na Johna przeszłam się na plażę i tu ciekawa rzecz - Gibraltar, jak wiadomo, należy do Wielkiej Brytanii. Dla mnie to miejsce jest dość śmieszne - Brytusy sprowadzili sobie londyńskie autobusy, budki telefoniczne, ludzi z idealnym, brytyjskim akcentem i bawią się w politykę. Nie wiem sama jakie mam o tym zdanie - z jednej strony ludzie tam mają naprawdę wszystko, a na ulicach można zauważyć tylko najnowsze modele samochodów z drugiej - żyją z nakazami, zakazami i ograniczeniami. Jak na Wielką Brytanię jest to ok, ale wjeżdżając na Gibraltar z kraju wiecznej mañany, szczególnie biorąc pod uwagę panujący tu klimat, uważam to za skrajnie nienaturalne.  Do mnie policja przyszła tam 3 razy. Ale nie o Gibraltarze chciałam pisać. Mogę wam jeszcze pokazać małpę :

takie tam gdy chciała mi ukraść okulary



Za opisywanie ostatniego 1,5 tygodnia w Hiszpanii nawet się nie zabieram, bo nie wystarczyłoby mi tutaj na to miejsca. W sumie nawet był to bardzo duchowo spędzony czas w gronie wspaniałych ludzi, więc z tematem au pair ma niewiele wspólnego. Jedno co mogę zdradzić - do Malagii wrócę na pewno... i to za kilka miesięcy!






****





PODSUMOWANIE

+ Program au pair uważam za cudowny! Jest to naprawdę wspaniała możliwość na wejście w kulturę danego kraju, bo przecież aby coś prawdziwie poznać trzeba zejść z turystycznych ścieżek i wejść w jak najwięcej interakcji z lokalsami, a mieszkanie z Host Family jest najlepszym chyba wyjściem. Osobiście nie mam problemu z zaadaptowaniem się w nowym środowisku, więc jeśli tylko ludzie z którymi mam mieszkać dają taką możliwość, to wszystko jest jak najbardziej ok. Dlatego wybór rodziny jest taki ważny! Kwestia kieszonkowego jest całkiem spoko - nie zarabia się majątku ale można sobie pozwolić na drobne przyjemności, gdy dobrze gospodaruje się kasą. Na pewno nie trzeba dokładać do interesu jak np. w przypadku projektów workaway, które są wolontariatem po całej linii.
+ Hiszpania jest teraz moim drugim domem, kocham ten kraj całym sercem. Summer au pair in Spain? ZDECYDOWANIE!
+ gdy musiałam gotować, zaczęłam! nie były to nigdy jakieś skomplikowane potrawy, ale zrobiłam my very first step :)
+ rozumiem już trochu hiszpański, porozumieć się używając podstawowych słów też dam radę
+ przez to, że i tak miałam jechać do Madrytu, przeżyłam wspaniałą przygodę stopując przed programem z koleżanką po Hiszpanii i zahaczając o Maroko, przy czym poznałam wielu wspaniałych ludzi i zawiązałam niesamowite przyjaźnie, także mam do czego i kogo tam wracać!

- bycie au pair to nie są tylko same plusy, jak to kiedyś powiedziała Nikolett - TO TAKIE SŁODKO - KWAŚNE. I tak w zasadzie jest - nawet gdy pracujesz w najbardziej wykańczającej pracy świata, po przyjściu do domu możesz zamknąć za sobą drzwi. Tu nie masz takiego przywileju. Twoi pracodawcy to równocześnie Twoja rodzina, więc żyjesz ich życiem i to 24h. Brak prywatności czasami mnie dobijał...
- moje host dziecko było strasznie dwulicowe, a ja nie mogłam nic z tym zrobić. czasem myślałam że ją naprawdę wywalę przez okno.
- jeśli chodzi o wychowanie dzieciaka to jest to strasznie ciężka sprawa - nie jesteś stuprocentowym domownikiem, nie posiadasz też przywilejów gościa. nie jesteś ani częścią rodziny czy starszą siostrą i nie jesteś też obcym. ciągle środeczki, środeczki i środeczki, których nienawidzę...
- siedziałam z V. zdecydowanie za długo! 12 godzin dziennie to przesada, raz zdarzyło się nawet 25... bez biletu na miejską komunikację, kursu językowego - słabo! Prawdą jest że skusiły mnie te podróże i tylko jedno dziecko w stolicy Hiszpanii, jednak teraz już wiem, że Andaluzja to moje miejsce. Hiszpania jest całkowicie odmienna w każdej prowincji i wiem po prostu że Madryt to nie jest moje miejsce. Bo gdzie niby morze?! :)

Au pair miałam być 52 dni, ale w końcu wyszło ich coś w okolicy 42, jako że na ostatnie 1,5 tyg odłączyłam się od familii. Zarobiłam 420 , wróciłam uboższa o śpiwór zgubiony w Maladze, japonki na Gibraltarze, zgubioną połowę tygodniówki gdzieś po drodze, czarne balerinki które się rozleciały i jedne rozdarte hippie spodnie, część rzeczy zostawiłam u przyjaciół w Maladze i przez przypadek zostały też tam moje okulary. Bogatsza jestem o najcudowniejszy czas życia. Kalkuluje się? :)

Jeśli by się mnie ktokolwiek zapytał o poradę czy wyjechać jako au pair, jedyna odpowiedź jaką mogłabym udzielić, to TAK TAK TAAAAAK. Warto jednak poświęcić trochę czasu przy wyborze rodziny i przemyśleć dokładnie to, czego oczekujemy od programu i co ci ludzie mogą nam zaoferować. Kluczową kwestią jest dogadanie się z ludźmi, z którymi będzie się dzieliło kilka najbliższych miesięcy swojego życia, prawda? ; - )


Na pytanie CO POTEM odpowiem tak : obecnie jestem w Polsce w której mnie wszystko cieszy : przyjaciele, rodzina, krajobraz, góry, ZIELEŃ za którą tak bardzo tęskniłam!

najbardziej jednak brakowało mi świniaka! *.*


Za 2 dni jadę odwiedzić przyjaciółkę we Wrocławiu, a na następny dzień prosto Polskim Busem na lotnisko do Berlina. Nowa notka już wkrótce! :)))))